Będąc ostatnimi czasy w Warszawie, miałem okazję wstąpić do naszego Teatru Narodowego. Sztuką, na którą się wybrałem, była opera Charlesa Gounod „Faust”. Przyznam, że nie robiłem tego ze szczególnym entuzjazmem, mając na myśli porównanie pomiędzy tym a innymi teatrami stolicy, jak np. Roma, gdzie swego czasu widziałem „Koty”, które pozytywnie wryły się w moją pamięć.
Zanim opiszę moje wrażenia, podam kilka faktów odnośnie „Fausta”. Swoją oryginalną premierę sztuka miała 26 października 2008, w 200-lecie powstania dzieła Johanna Wolfganga Goethego, a więc jest to swego rodzaju hołd złożony pierwszemu spośród niemieckich romantyków. Operę w czterech aktach napisano na podstawie sztuki „Faust et Marguerite” Michela Carrè i, rzecz jasna, pierwszej części „Fausta”. Całość przełożył na język Moliera Gerard de Nerval.
Skoro przekazałem już podstawowe informacje na temat „Fausta”, możemy przejść do moich wrażeń.
Nie ma dobrej sztuki bez dobrych aktorów. Obsada aktorska w tym wypadku to iście światowy poziom; w główną rolę wcielił się uhonorowany szeregiem prestiżowych nagród José Luis Sola, znany z desek międzynarodowych teatrów (m.in. Włochy, USA), a Małgorzatę – jeszcze bardziej doświadczona (debiut: 1995) Anna Chierichetti. Z rodzimych artystów najwybitniejszy okazał się Przemysław Firek (Mefistofeles), którego gra aktorska dorównywała, jeśli nie przewyższała, wspomniane wyżej persony. Francuskojęzyczne kwestie tłumaczono za pomocą wyświetlacza LED zamontowanego u zwieńczenia estrady.
Nie zabrakło scen, w które zaangażowano pokaźny poczet około 30 osób, zrzeszonych w Chórze Opery Narodowej oraz Polskim Balecie Narodowym.
Kostiumy, podobnie jak rekwizyty używane w przedstawieniu, były na tyle subtelne, wręcz minimalistyczne, że nie odciągały uwagi widza od samego przedstawienia, co uważam in plus. Jacquesowi Reynaud, odpowiedzialnemu za kostiumy, udało się znaleźć złoty środek.
Nie bezpośrednio na scenie, tylko właściwie pod nią, występowała orkiestra, dyrygowana przez Gabriela Chmurę. W zadziwienie wprawia fakt idealnej synchronizacji tematu muzycznego z tym, co w danej chwili dzieje się na scenie – zdałoby się, że sztuka ta w epoce filmu została zapomniana. Nie przesadzam stwierdzając, że muzyka w operze stanowi grubo ponad połowę całego doznania.
Co zaś tyczy się pozostałej części, została zdominowana przez efekty wizualne. Mam tu przede wszystkim na myśli światła – to była istna wirtuozeria, demonstracja tego, jak przy pomocy tak prostego narzędzia można przenieść na scenę prawdziwą magię. W połączeniu z teatralną mgłą dawało to efekt, który mógłby konkurować z filmami. Wilson, Weissbard – zapamiętajcie te nazwiska, bo to właśnie ci ludzie odpowiedzialni są za wspomniane dokonanie.
Jeśli chodzi o dekoracje, sprawa ma się podobnie jak w przypadku rekwizytów – strają się być raczej tłem dla gry aktorskiej, aniżeli uskuteczniać przerost formy nad treścią (i tak powinno być!). Spora część tła wyświetlana była przy pomocy projektora, kiedy jednak na scenę wprowadzano materialne dekoracje, imponowały. W pamięć zapadła mi szczególnie jedna z końcowych scen, bal u Szatana, kiedy wprowadzono gigantyczne, obracające się lustra, a wcześniej – uschłe drzewa, pomiędzy którymi błądził Faust.
Czy coś zawiodło? Cóż, owszem, drobne pomyłki się zdarzyły, pamiętajmy jednak, że jest to przedstawienie odgrywane na żywo, a nie raz przygotowany obraz. Raz ustawiono źle kurtynę, tak, że zasłaniała części widzów napisy, innym razem komuś zadzwonił telefon, wytrącając na chwilę artystów z koncentacji. Swoją drogą, chyba część z nas nadal nie dorosła do odpowiedniego poziomu kultury osobistej – mimo wyraźnej prośby przed rozpoczęciem spektaklu, niektórzy nie zdołali wyłączyć, czy choćby wyciszyć, swoich komórek.
Podsumowując, „Faust” jest operą udaną, ale skierowaną raczej do poważnych widzów, może nawet smakoszy gatunku. Jeśli szukasz po prostu dobrej, ukulturalnionej rozrywki, polecam nieco lżejsze w odbiorze sztuki, jak chociażby wspomniane na samym początku „Koty”.
A na koniec jeszcze krótka refleksja odnośnie samego Teatru Narodowego. Od czasu, kiedy byłem tam ostatnim razem kilka lat temu, zmieniło się naprawdę dużo. Teatr idzie z duchem czasu, unowocześniając zaplecze techniczne oraz prowadząc współpracę z najznamienitszymi zagranicznymi artystami. No i ta piękna, czerwona kurtyna… Nie mamy się czego wstydzić. No, może poza kojarzącymi się z komunizmem stolikami z charakterystycznej, śliskiej sklejki, poustawianymi tu i tam. Ale nawet Empik jest! Prawdziwa kultura J
P.W.



Zostaw komentarz